
Nauka ludzka zawsze nieudolnie naśladowała Chrześcijaństwo. Rywalizując z nim i starając się je wyprzeć, obiecuje ludziom zawsze właściwie to samo: życie wieczne przez rozwój medycyny, zlikwidowanie ograniczeń ciała, przez genetykę i wszczepy, oraz „czego oko nie widziało i ucho nie słyszało”, podczas odkrywania niezmierzonego wszechświata. Cuda techniki i postępu mają z powodzeniem wyprzeć wszelkie prawdziwe cuda.
Ludzie wykazując godną podziwu naiwność, zwykle bezkrytycznie wierzą w zapewnienia naukowców, widząc w nich z jednej strony wielką szansę, a z drugiej zagrożenie. Odczucia te zawsze odbijają się na sztuce i są doskonale widoczne w kulturze która nas otacza.
Najpierw więc wierzono w kosmos i loty kosmiczne. Optymiści roztaczali przed nami cudowne wizje pełnego przygód podróżowania przez galaktykę, odkrywania nowych cywilizacji i planet zdatnych do życia, pełnych przeróżnych niesamowitości. Pesymiści zaś drżeli na myśl o kosmicznych potworach, międzygalaktycznych chorobach i kosmitach najeżdżających na Ziemię.
Motywy to nośne i dające duże pole do popisu wyobraźni. Dochodził do nich jeszcze wątek robotyzacji, wynikający z naukowych doniesień o „mózgu elektronowym” i wyrażający oczekiwanie, że wkrótce nasz świat zaludnią zupełnie podobne do nas roboty i androidy.
Mylą się ci którzy sądzą, że takie historie mogłyby się ludziom przejeść, wystarczy sięgnąć choćby po opowiadania Sheckley’a, by zobaczyć jak wspaniale się one sprawdzały. A jednak nadszedł ich kres.
Zainteresowanie kosmosem opadło nie dlatego, że motywy kosmiczne wyczerpały choć część swego potencjału, lecz dlatego, że ludzie zwyczajnie przestali w nie wierzyć. Rzeczywistość brutalnie zgniotła romantyczne wizje zwolenników nauki.
Dziś już praktycznie nikt nie wierzy w humoidalne roboty obdarzone sztuczną inteligencją i gotowe nam służyć. Zdajemy sobie sprawę z rozmaitych ograniczeń techniki i jesteśmy w stanie co najwyżej uwierzyć w zautomatyzowanego wojennego drona; nigdy pracowitego androida.
Współcześnie podróż przez kosmos też nie jawi nam się już tak różowo. Widzimy ją raczej jako wielką męczarnię ludzi ściśniętych w maleńkich, metalowych klatkach, tracących całe lata na mozolnej podróży w pustkę; chowających się przed śmiercionośnym promieniowaniem i niszczycielskimi burzami głęboko pod powierzchnią nieprzyjaznych globów.
Dawne radosne opowieści o harcach przez galaktykę, wydają się zwyczajnie nierealistyczne, przez co też ciężej jest się w nie wczuć. Próba zaś przedstawienia podobnych motywów realistycznie, odziera je z całego piękna i stwarza opowieść zwyczajnie nudną. Nie oznacza to, że nie da się tego zrobić w sposób znośny*, ale nie ma nawet mowy o takim zachwycie jaki miał ówcześnie miejsce.
Można więc powiedzieć, że nauka zniszczyła marzenie, które sama zapoczątkowała, a zrobiła to przez to właśnie, że spróbowała je spełnić. Kiedy zaś przestaliśmy wierzyć w podróże kosmiczne, przestaliśmy się też ich bać – i tak w niebyt odeszły wizje kosmicznych inwazji, przed którymi nikt nie drży już ze strachu.
Nadeszła więc nowa era w dziejach sztuki, związana z nowymi odkryciami naukowymi. Zaczęliśmy jarać się genetyką. Nie żeby było to w żaden sposób bardziej racjonalne…
„Geny decydują o wszystkim! Geny można zmieniać! Hurra!” I tak optymiści znów zaczęli roztaczać przed nami cudowne wizje tego w jaki sposób zmiany genetyczne zmienią nasze życie na lepsze, a pesymiści podobnie, w jaki sposób wszystko zepsują.
Dobrym przykładem szalonego wręcz optymizmu są choćby X-meni. Chociaż nikt nigdy nie widział dobrej mutacji genetycznej, a wszystkie które znamy powodują dotkliwe choroby i cierpienia, ktoś wpadł na to, że w wyniku losowych zmian w kodzie powstanie cała masa ludzi obdarzonych super mocą.
Zaprawdę należałoby zapytać twórców tego fenomenu, jaki gen odpowiada za telekinezę, albo to, by miast krwi, płynął człowiekowi w żyłach kwas – i jak to w ogóle miałoby działać!? Nonsens i to jeszcze większy, niż dawne rojenia o podboju kosmosu!
Pesymistyczne zaś ujęcie tego samego zagadnienia objawia się, choćby w filmach o zombi i bioterroryzmie. Bo co jeśli jakaś zła korporacja poprzez nieumiejętne eksperymentowanie z genetyką stworzy wirus, który zamieni ludzi w rozpadające się krwiożercze bestie? – pyta człowiek współczesny, zupełnie nie dostrzegając tego jak głupia jest wizja żywcem rozpadającego się człowieka, mającego jakimś cudem siłę atakować innych.
Roboty i androidy z powodzeniem zastąpiono zaś wizją wszczepów. Bo może i nie udało nam się stworzyć mechanicznych dwunożnych androidów, ale z pewnością uda nam się za pomocą techniki jakoś ulepszyć nasze własne ciało. Złudne nadzieje, jeśli bowiem nie umieliśmy zrobić czegoś, co choć w połowie byłoby tak dobre jak nasze ciało, to jakże ma udać nam się je jakoś poprawić?
Widać też wyraźnie, że entuzjaści wszczepów myślą o nich w taki sam sposób, jak kiedyś zwolennicy kosmonautyki tzn. traktują je jak magię, bez żadnego gruntownego zastanowienia się w jaki sposób miałoby to działać. Wyobrażają sobie zatem, że dzięki wszczepom będziemy szybciej biegać czy wyżej skakać, zupełnie olewając kwestię tego, w jaki sposób mechanika miałaby zapewnić nam takie możliwości.
Wystarczy zaś choć przez chwilę się zastanowić, by dostrzec cały absurd samego założenia. Nie mamy bowiem przecież maszyn biegających, a nieliczne roboty poruszają się niezgrabnie i bardzo powoli. Jeśli więc chcielibyśmy dzięki technice zwiększyć swoją szybkość, najłatwiej byłoby wprawić sobie miast nóg koła – ewentualnie scalić się z motocyklem jak delikwenci z oneshota „Bankara” (który właśnie skutecznie wszczepy obnaża).
Te „cuda” i „możliwości”, w które wierzą ludzie współcześni, są więc nie mniej absurdalne niż dawne. Nie pytamy więc czy, ale kiedy, ludzie zrażą się do nich. Musi bowiem tak się stać, że praktyka jawnie wykaże bezsens wszystkich takich popularnonaukowych złudzeń.
Wszczepy ukażą się bolesne i nieprzydatne, nie dające nawet rady przywrócić człowiekowi dawnej sprawności, po wypadku drogowym. Eksperymentowanie z modyfikacjami genetycznymi nie przyniesie niczego dobrego i nade wszystko nie będzie w żaden sposób spektakularne. Bawiąc się DNA można jedynie nieopatrznie coś zepsuć, ale to zepsucie nigdy nie uczyni człowieka zombim, raczej sprawi mu tylko wiele niepotrzebnego bólu i cierpienia.
Nauka nie odrzuci potencjalnych korzyści jakie płyną z modyfikacji genetycznych, tak jak i nie odrzuciła nigdy planów podboju kosmosu, przeniesie je jednak daleko, w bliżej nieokreśloną przyszłość i cała sprawa w oczach opinii publicznej straci na kolorach, grzebiąc również oparte na niej motywy.
Filmy więc i opowieści które bawią ludzi współczesnych, przestaną ich już tak rajcować. Pytanie koronne brzmi: Co będzie następne?
Czytaj dalej Podróże w kosmos, zombi i wszczepy – a co będzie następne?